Mam pecha, mam talent

Jeśli jesteś piękną, szczęśliwą i inteligentną dziewczyną, której wszystko, łącznie z tańcem, w życiu wyszło lub jeśli jesteś spełnionym młodym mężczyzną, który oprócz dachu nad głową, zupy w garnku i kochającej rodziny ma jeszcze wspaniały głos i słuch absolutny, to... pod żadnym pozorem nie wybieraj się na casting do tzw. talent show.

W żadnym „X factorze”, „Mam talent”, „You can dance”, Must be the music” nie usłyszysz dobrego słowa o sobie. Będą to raczej obelgi, śmiech lub w najlepszym wypadku, dowiesz się że nie masz „tego czegoś”, tej iskry bożej, która sprawia, że możesz z jurorami wyjechać do Santa Cruz.

Zanim tam pójdziesz, siądź przed telewizorem i spokojnie, tak jak ja, prześledź, kto zwycięża. W tych programach nie ważne jest to, czy masz głos głęboki jak Rów Mariański, czy w małej pięknej posturze skupiasz talent i gibkość, którego pozazdrościłby Ci cały Balet Bolszoj.

Tam ważne jest to byś „nie miał”. I nie ważne czego. Ważne jedynie, żeby nie posiadać. Można nie posiadać nogi i wtedy można liczyć na co najmniej drugi etap rywalizacji. Można nie posiadać rodziny i wtedy mamy szanse na awans do finałowej dziesiątki. Warto też nie mieć pieniędzy, bo bogaci nie są mile widziani, jako zwycięzcy.
Ot, taka nasza polska właściwość, którą gorliwie swoimi wyrokami potwierdzają członkowie wysokich jury.

Nawet Ci najbardziej nieczuli, Ci, w których żyłach zamiast krwi płynie jad, nie podniosą przecież ręki na niepełnosprawnego bez rodziców, żyjącego w skrajnej nędzy i czekającego tylko na to, aż zaćma przesłoni mu świat do końca.

Dla nich ważne będzie, że ten chłopak odważył się wyjść na scenę, że wziął mikrofon w rękę i – mimo przeciwności losu – zaczął lepiej lub gorzej, ale śpiewać. Wtedy Ci sympatyczni ludzie o szklistych już ze wzruszenia oczach powiedzą, że talent masz jak Rysy dopiero co po orogenezie alpejskiej, że głos masz jak laboratoryjna krzyżówka Pawarottiego z Carrerasem i charyzmę, której z pewnością pozazdrościłby Ci potomek Jurka Owsiaka i Margaret Thatcher.

Pewnie przeszedłbym nad tym do porządku dziennego, gdyby nie to, że jestem ogromnym fanem równouprawnienia. A równouprawnienie to równe traktowanie, które jeśli przełożyć je na rzeczywistość talent show sprawia, że bez zbędnej faworyzacji rywalizują tam pełnosprawni z niepełnosprawnymi, szczęśliwi z nieszczęśliwymi, Ci, którym się w życiu powiodło z tymi, których los dotychczas nie rozpieszczał.

Bo te niedzielne, czy sobotnie (już nie pamiętam) seanse oprócz tego, że pogrążają w chwilowej rozpaczy wielu dotąd szczęśliwych ludzi, to jeszcze zwyczajnie przeczą zasadzie równości, którą wprawdzie polskie ale wyposażone w zachodnie (bo licencyjne) standardy telewizje powinny nosić jak odzież wierzchnią.

Ale nie mam złudzeń. Bo te programy mają być chyba trochę, jak bajka. Nieszczęśliwi mają tam płakać ze szczęścia, chromi wybiegać na scenę w radosnym pląsie a biedni wychodzić z programu torbą pieniędzy. I wszystko byłoby ok, gdyby nie dwie rzeczy. Gdyby kosztem uszczęśliwiania nieszczęśliwych nie unieszczęśliwiać szczęśliwych i gdy nie to, że AGB Nielsen* czy OBOP* wskazują na to, że ta dobroczynność się po prostu mocno opłaca.


* firmy badające oglądalność programów telewizyjnych.
Trwa ładowanie komentarzy...